MAROKO 10.2016

Prolog


Tym razem nasza ekipa składała się z osób, które pierwszy raz postanowili z nami wyruszyć w podróż. To oznaczało, że będziemy mieli przyjemność poznania się w czasie naszej afrykańskiej przygody. Uczestnicy tradycyjnie przylecieli do Malagi, skąd zawsze rozpoczynamy naszą marokańską motowyporawę. Tym razem nasi współtowarzysze przylecieli wcześniej od nas i mogli parę godzin poświęcić na zwiedzenie Malagi.

Późnym popołudniem po dojechaniu do hotelu bardzo szybko wypakowaliśmy motocykle i bagaże. Widać było, że energia rozpiera chłopaków i są głodni jazdy … Wieczorem przy piwku zrobiliśmy odprawę gdzie uzgodniliśmy wszelkie zasady bezpiecznej jazdy w grupie oraz sprawdziliśmy przygotowane wcześniej dokumenty wjazdowe do Królestwa Maroka. Każdy otrzymał dzienne rozpiski trasy oraz komplet naklejek motowyprawowych.

Nie posiedzieliśmy zbyt długo ponieważ każdy chciał rano być jak w najlepszej formie. Przecież następnego dnia mieliśmy przeprawić się na inny kontynent gdzie wszystko wygląda, pachnie i smakuje inaczej.


Dzień 1 – niedziela (290km)


Wieczorem umówiliśmy się o godzinie 8.00 w hotelowej restauracji na śniadaniu. Należy pamiętać, że na południu Hiszpanii słońce wstaje około 1,5 godziny później niż w naszym kraju. Mocno się zdziwiłem jak o świcie zobaczyłem krzątających się na parkingu ludzi przy naszych motocyklach … Okazało się, że to byli członkowie naszego teamu, przygotowujący się do startu! Normalnie szok … pomyślałem, że spać nie mogą albo przeżywają podróż podobnie jak ja. Oznaczać to mogło jedno … ekipa jest bardzo zdyscyplinowana . To dobrze rokowało na kolejne dni. Po obfitym śniadanku przebraliśmy się w zbroje i dosiedliśmy nasze objuczone osiołki. Po 9-tej ruszyliśmy w kierunku portu w Algeciras. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu to polecieliśmy bezpłatną autostradą, która obfituje w liczne ronda. Tak, tak …. w Hiszpanii są autostrady płatne i bezpłatne. Te darmowe bywają ciekawe. Do portu dojechaliśmy po niecałych 2 godzinach, podziwiając po drodze malownicze wybrzeże Costa del Sol. Gdy ekipa przygotowywała się do wjazdu na prom, my z Kasią załatwiliśmy wszelkie formalności związane z przeprawą. Niestety okazało się, że prom jeszcze nie wrócił z Maroka i ma „lekkie” opóźnienie. Pomyślałem … zaczyna się. Hiszpanie to nie Niemcy … często mam wrażenie, że u nich sjesta trwa przez cały dzień. Wolny czas wykorzystaliśmy na ostatnie rozmowy z rodziną. Po dobrej godzinie oczekiwania wjechaliśmy jako pierwsi na prom. Taki przywilej mają tylko motocykliści. Po zaparkowaniu w wyznaczonym miejscu udaliśmy się na górny pokład. Niestety na promie nie było windy. Musieliśmy pokonać wiele schodków z bambetlami w ręku … jednak na górze był piękny widok i jeszcze sporo miejsca. Tym razem odprawę paszportową uruchomiono praktycznie tuż po wypłynięciu z portu. Zajęliśmy strategiczne pozycje i już po 30 minutach mieliśmy wbite numerki policyjne, które w tym kraju są bardzo ważne. Pozostałą część 1,5 godzinnej podróży spędziliśmy na podziwianiu widoków opuszczanej Europy i góry Tarika wznoszącej się nad Gibraltarem. Oczywiście nie zapomnieliśmy również o najważniejszych zakupach. Maroko to kraj muzułmański gdzie bardzo trudno dostać alkohol. Na promie zaś zestaw przetrwania składający się z dwóch litrowych butelek „balasia” kosztuje tylko 20 euro. Normalnie raj. Powinno wystarczyć do Marrakeszu. Tak zaopatrzeni po dopłynięciu do brzegu Afryki zjechaliśmy z promu i udaliśmy się na odprawę celną. Tanger Med to nowoczesny port. Nie trzeba walczyć ze zgrają „majfrendów” którzy za parę euro przeniosą Twoje dokumenty do okienka oddalonego od Ciebie o 2 metry . Jednak tu też trzeba się orientować od którego okienka należy zacząć i komu przekazać dokumenty. Urzędników celnych jest wielu i każdy głośno gestykulując chce pokazać przyjezdnym jaki jest ważny. Na szczęście my tradycyjnie mieliśmy przygotowane deklaracje niezbędne do wjechania z motocyklem do tego pięknego kraju. Bez kłopotów i przygód szybko przejechaliśmy granicę. W pobliskim kantorze wymieniliśmy euro na dirhamy marokańskie. Za 1 euro otrzymaliśmy około 10,8 dirhamów. 500 euro powinno wystarczyć na paliwo, jedzenie i pamiątki. Noclegi mieliśmy już wcześniej załatwione. Z portu pojechaliśmy na wschód, przez okoliczne góry widoczne jeszcze z Europy.Objechaliśmy wokoło enklawę hiszpańską w Maroko czyli Ceute. Dalej jadąc wzdłuż wybrzeża morza Śródziemnego mijaliśmy kolejne nadmorskie kurorty. W jednym z nich tuż przy małej lokalnej kawiarence zatrzymaliśmy się na marokańską miętową herbatkę, która jest niesamowicie słodka i aromatyczna. Ten napój będzie nam towarzyszył już do końca naszej podróży. Droga wzdłuż wybrzeża jest niesamowita. Obfituje w wiele zakrętów oraz zapierających dech widoków. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów odbiliśmy na południe. Natychmiast ukształtowanie terenu zaczęło się zmieniać. Oznaczało to, że wjechaliśmy w góry Rif, które ciągną się wzdłuż wybrzeży Morza Śródziemnego od Cieśniny Gibraltarskiej do doliny rzeki Wadi Muluja. Na południu opada ku nizinie Gharb. Najwyższy szczyt to Dżabal Tidighin, który wznosi się na 2456 m n.p.m. Po południu dojechaliśmy do „błękitnego miasta”. Chefchaouen przyciąga wielu turystów ze względu na charakterystyczną architekturę - domy o błękitnych fasadach oraz niesamowity klimat. Niektórzy twierdzą, że to jest marokańska stolica produkcji marihuany. Te miasto zawsze robi wrażenie na wszystkich uczestnikach naszych motowypraw. Zaparkowaliśmy motki na wcześniej przygotowanym specjalnie dla nas parkingu. Hotel z widokiem na starą medinę znajdował się tuż obok. Humory dopisywały. Po szybkiej rejestracji i wręczyłem chłopakom klucze od ich apartamentów. Po odświeżeniu, zostawiliśmy nasz hotelik i ruszyliśmy poczuć klimat tego starego arabskiego miasta. Niestety zaczęło robić się późno i medinę zwiedziliśmy już po zmroku. Jednak handel nadal kwitł. Tu chyba nie obowiązują godziny otwarcia i zamknięcia. Mimo wszystko nie zauważyliśmy z tego nie zadowolonych lokalesów. Na tarasie jednej z ulubionych przeze mnie knajpek zjedliśmy naszą pierwszą marokańską kolację. Na talerzach królował tadźin czyli duszone w glinianym naczyniu warzywa z wybranym mięsem. Do wyboru była wołowina lub drób. Niektórzy zamówili kuskus ... który okazał się smakowitym wyborem. Najedzeni udaliśmy się do hotelu gdzie jeszcze przy szklaneczce rozweselacza zakończyliśmy pierwszy dzień na afrykańskim kontynencie.


Dzień 2 – poniedziałek (260km)


Rano spotkaliśmy się na śniadaniu. Wszystkim udało się wstać wcześniej i w spokoju skonsumować słodki posiłek. W Maroko śniadania są bardzo energetyczne. Dominują dżemy i naleśniki. Dla nas to jest zawsze trudna próba. Każdy tęsknym wzrokiem wyszukiwał na małych talerzykach choć odrobiny mięsa. Niestety tu tego nie ma co oczekiwać … Najedzeni i spakowani udaliśmy się na parking gdzie dzielny ochroniarz czuwający całą noc oczekiwał nas z niecierpliwością J. Pożegnaliśmy urokliwe błękitne miasto i skierowaliśmy się na południe. Po ponad 20 kilometrach odbiliśmy w lewo w bardzo krętą i widokową drogę, która wije się przez duży obszar gór Rif.Takie dróżki zawsze obfitują w ciekawe miejsca i zapierające dech krajobrazy. Tych zakrętów było bardzo wiele, a ruch żaden. To chyba jest jasne ale takie miejsca uwielbiamy. Tu można naprawdę się odprężyć. Połykaliśmy zakręty jeden za drugim. Początkowo jechaliśmy pod górę aby później zaliczyć długi zjazd na końcu którego wjechaliśmy do większej wioski, w której akurat odbywał się targ. Wykonaliśmy kilka fotek, kupiliśmy charakterystyczne płaskie chlebki oraz kilka melonów na zbliżający się posiłek. Przy okazji brataliśmy się również z tubylcami J. Po przejechaniu przez ciasne targowisko gdzie akurat odbywał się handel, skierowaliśmy nasze maszyny dalej na południe. Krajobraz zmieniał się. Był bardziej płaski i nie obfitował już tyloma zakrętami. W pewnym momencie ukazała się gigantyczna tama usypana z ziemi z widocznym napisem w języku arabskim zachwalającym Króla, Boga i Ojczyznę. Dojechaliśmy do największego sztucznego zbiornika w Maroko czyli El Wahda Dam. Tam zjedliśmy własnoręcznie przygotowany lunch z tego co przywieźliśmy z kraju. Oznacza to, że apetyt zaspokoiliśmy ulubioną wieprzowiną J. Do tego podano własnoręcznie zaparzoną w Krzyśkowej kafeterce kawę, a na deser soczystego melona. Dalej skierowaliśmy się w stronę rzymskich ruin w Volubilis. Robiło się coraz bardziej płasko. Zostawiliśmy za sobą góry Rif. Do Volubilis dotarliśmy po południu. Czasu nie było zbyt wiele. Dlatego szybko opłaciłem parking i zakupiłem bilety wstępu. Dziewczyny zdecydowały się zostać przy motkach i odpocząć w cieniu drzew, a my udaliśmy się do starożytnego miasta. Jest to miejsce, którego absolutnie nie można ominąć. Znajdują się tutaj największe i najlepiej zachowane w Maroku i całej Północnej Afryce ruiny rzymskiego miasta z przełomu II i III w. Historyczne dziedzictwo tego miejsca zostało docenione, poprzez wpisanie go w roku 1997 na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Po dobrej godzince wróciliśmy do naszych Pań i motocykli. Do Fez gdzie był tego dnia przewidziany nocleg nie mieliśmy już wiele kilometrów. Dlatego wybrałem mój ulubiony skrót, który nie jest zbytnio uczęszczany nawet przez tubylców. Pojawiły się ponownie fajne zakręty …i również nie zabrakło pięknych widoków. Do Fezu dawnej stolicy Maroka o ponad tysiącletniej historii dotarliśmy przed wieczorem. Po przejechaniu wzdłuż murów Medyny wjechaliśmy na hotelowy parking. Mieszkaliśmy tuż obok bramy Bab Bou Jeloud. Jednego z symboli Fezu. Oznaczało to, że nie będziemy musieli daleko iść aby poczuć klimat starego arabskiego miasta. Niestety rozpakowanie i odświeżeniezajęło nam zbyt wiele czasu. Dodatkowo kilku naszych współtowarzyszy poszukiwało po drodze kart prepaidowych do Internetu i do mediny dotarliśmy już po zachodzie … Mimo wszystko ruch był spory. Tu się handluje chyba całą noc. Przeszliśmy kilka uliczek. Rozejrzeliśmy się po kilku miejscach i wróciliśmy pod bramę gdzie umiejscowiło się kilka polecanych knajpek. Na tarasie jednej z nich zajęliśmy miejsce. Okazało się, że nawet mają piwo. Jak szybko zmienia się ten kraj … Zamówiliśmy od razu po sztuce w oczekiwaniu na menu. Po wypiciu kilku piw i zjedzeniu kebaba udaliśmy się do hotelu gdzie na jego dachu podziwiając nocne widoki wypiliśmy kilka drinków wspominając miniony dzień.


Dzień 3 – wtorek (480km)


To miał być jeden z dłuższych dni w czasie naszej marokańskiej wyprawy. Dlatego wszyscy stawili się dosyć wcześniej w hotelowej restauracji. Niestety tu zawsze obsługa potrzebuje sporo czasu na rozwinięcie skrzydeł … To ma i dobre strony. Oczekując na podanie śniadania mogliśmy spokojnie sprawdzić i odpowiedzieć na elektroniczne wiadomości. W ciszy obserwowaliśmy bardzo powolne ruchy obsługującego nas kelnera, kucharza oraz recepcjonisty. Ten Pan ma sporo talentów i zawodów. Niektórzy z nas nie chcąc tracić czasu udali się na taras znajdujący się na dachu hotelu i wykonali kilka zdjęć panoramy tego historycznego miasta. Po pewnym czasie otrzymaliśmy wyczekiwane śniadaniowe. Tradycyjnie bardzo słodkie. Zjedliśmy je dosyć szybko i po spakowaniu, ruszyliśmy w stronę popularnych wśród turystów garbarni. Ta atrakcja turystyczna znajdowała się po drugiej stronie Medyny. Dlatego postanowiliśmy podjechać tam motocyklami. Zaparkowaliśmy tuż obok murów starego miasta na prowizorycznym parkingu. Oczywiście po chwili pojawiło się kilku majfrendów robiących wrażenie, że to oni obsługują ten „parking”. Dodatkowo jeden z nich oświadczył, że jest przewodnikiem i to w dodatku licencjonowanym Nawet czymś tam nam pomachał przed oczami … Ciężko było się go pozbyć. Niestety do garbarni nie ma oficjalnego dojścia. Aby je zobaczyć, należy wiedzieć w którym budynku jest sklep z widokiem na te nie zbyt ładnie pachnące miejsce. Nasz przewodnik pokazał nam drogę do owego przybytku … Przy samym wejściu smutny człowiek bez pytania wręczył każdemu z nas gałązkę świeżej mięty. Wiedziałem o co chodzi ale pozostali poczuli to dopiero na wyższej kondygnacji. Smród był okropny i duszący … Oczywiście przechodząc przez kolejne pomieszczenia sklepu musieliśmy udawać choć niewielkie zainteresowanie ich skórzanymi produktami. Na najwyższym poziomie znajdował się duży taras, z którego można było podziwiać farbiarnie. Są rozpostarte obok siebie, niczym plastry miodu. Rzędy stągwi wypełnione są kolorowymi mieszankami. Zakłady wykorzystują naturalne barwniki m.in. na bazie henny, mięty, czy szafranu. Mieszanka danego barwnika i gołębich odchodów (stosowanych w celu zmiękczenia skór jagnięcych czy wielbłądzich) udeptywana jest przez mężczyzn w krótkich spodenkach, a sam zawód farbiarza jest dziedziczny i dobrze płatny lecz bardzo ciężki oraz wymagający dużego, codziennego wysiłku. Na koniec wykonaliśmy wspólną fote i jak najszybciej ewakuowaliśmy się z tego zapachowego Armagedonu … Wyjechać z tej prawie milionowej metropolii nie jest łatwo. Ruch jest spory, a Marokańczycy jak na przystało na arabów nie bardzo lubią stosować się do przepisów ruchu drogowego. Za miastem krajobraz zaczął się zmieniać. Zbliżając się do Atlasu Średniego, na jednym z przydrożnych parkingów spotkaliśmy makaki berberyjskie. Największe grupy tych sympatycznych małp można spotkać w Parku Narodowym Ifrane, w lasach cedrowych blisko berberskiej miejscowości Azrou. Czym dalej na południe tym robiło się ciekawiej. Nie zabrakło również wspólnych posiłków w przepięknych okolicznościach przyrody . Z każdym kilometrem wznosiliśmy się na coraz wyższe partie Atlasu Średniego. W pewnym momencie dojechaliśmy do Wąwozu Ziz. Utworzony został przez rzekę Ziz, która ciągnie się wzdłuż plantacji daktylowych palm. Czerwone i pomarańczowe strome skały pięknie kontrastują tu z zielonymi fragmentami krajobrazu. Kończy się on Tunelem Legionistów – wydrążonym przez żołnierzy Legii Cudzoziemskiej w latach 20′ XIX wieku. Pokonując kolejne zakręty zgubiliśmy gdzieś połowę ekipy. Na jednym z wzniesień postanowiliśmy poczekać na naszych kompanów. Okazało się, że zatrzymali się na małą sesję fotograficzną. Na szczęście po chwili dojechali do nas. Ruszyliśmy dalej. Pokonaliśmy tego dnia dopiero połowę drogi. Musieliśmy się śpieszyć … Zostawiliśmy za sobą Atlas. Robiło się coraz cieplej. Mimo, że pejzaż się zmienił, widoki nadal były ciekawe. Już po zachodzie słońca dotarliśmy do naszego małego hoteliku w pobliżu Wąwozu Todra. Prowadzi go nasz dobry znajomy Mohammed. Wieczorem przygotował nam pyszną kolację. I tradycyjnie zapewnił dodatkowe atrakcje w formie śpiewów przy akompaniamencie marokańskich bębenków. Było klimatycznie i bardzo wesoło …


Dzień 4 – środa (263km)


Rano przywitała nas słoneczna pogoda. Okolica była przepiękna. Mieszkaliśmy w sąsiedztwie gajów palmowych. Po śniadaniu pożegnaliśmy się z Mohammedem i wykonaliśmy tradycyjną wspólną fotkę. Ruszyliśmy na północ w stronę wąwozu Todra. Słońce jeszcze nie zdążyło zbyt wysoko wzejść. Dzięki temu pięknie oświetlało wysokie na 300 metrów czerwone ściany wąskiego wąwozu przez, który prowadziła niezbyt szeroka droga. Było wcześnie i jeszcze nie pojawili się inni turyści. Dzięki temu mogliśmy w spokoju wykonać sesję zdjęciową. Po chwili relaksu spędzonej w tych miłych okolicznościach przyrody odpaliliśmy motki w ruszyliśmy dalej. Na szczęście po drodze nie uświadczyliśmy więcej autobusów z grupami turystów. Droga była tylko dla nas. Widoki zapierały dech w piersiach. Robiło się coraz wyżej i coraz chłodniej … Ta okolica nie obfituje w zbyt wiele wiosek. Na jednym płaskowyżu postanowiliśmy się na chwilę zatrzymać i nacieszyć oczy widokami oraz uszy ciszą jaka tam panowała. Tam nie ma zbyt dużego ruchu. Jeżeli już coś jechało to zazwyczaj był to jakiś środek transportu, który przewoził nie tylko ludzi ale również zwierzęta … tylko na innym pokładzie. Nieliczne wioski charakteryzowały się niską zabudową o kolorze okolicznych gór. Były idealnie wkomponowane w krajobraz. Dalej było już totalnie pusto. Przed nami pojawiła się serpentyna, która prowadziła na wysoką przełącz. Gdzie po dotarciu zachwycaliśmy się nieziemskimi widokami. Zaliczyliśmy 2750 m.n.p.m. Tu zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Gdy chłonęliśmy rześkie powietrze Średniego Atlasu pojawili się pasterze z całym stadem wielbłądów, rodzinami i dobytkiem. Na jednym z mułów zauważyliśmy przywiązaną dwójkę bardzo małych dzieci. W ten sposób towarzyszyły całej rodzinie. Takich widoków nie udaje zobaczyć się zbyt często. Po serii zdjęć postanowiliśmy wracać. Ruszyliśmy tą samą drogą tylko tym razem na południe. Niestety zaczęło kończyć się paliwo w dwóch „zwykłych” geesach. Na szczęście mieliśmy wiedzę, w której wiosce można kupić paliwko z „butelek” . Po nalaniu paliwa gdy chcieliśmy zapłacić, podano nam kwotę do uiszczenia za pięciolitrowe butelki paliwa. Była oczywiście wyższa od tej na stacji co nas nie zaskoczyło. Transport, turyści … to trzeba więcej skasować. Bez wahania wręczyliśmy gotówkę uśmiechniętym młodzieńcom. Jakież zdziwienie nas dopadło gdy po chwili pojawił się starszy mężczyzna, który dosadnym głosem wypowiedział kilka kwestii do owych chłopców. Nie za bardzo wiedzieliśmy o co chodzi … Podział łupów czy co ? Obserwowaliśmy tą wymianę zdań w obco brzmiącym języku i nie wiedzieliśmy co robić … Po chwili młodzieniec odliczył pewną kwotę i obserwowany bacznie przez starszego jegomościa zwrócił nam ją … Zrozumieliśmy, że nie wezmą od nas więcej jak od wszystkich innych. Mimo wszystko chcieliśmy dać im parę dirhamów więcej za miłą obsługę lecz niestety nie przyjęli naszego napiwku. To był bardzo uczciwy starszy człowiek, który chciał nauczyć czegoś ważnego tych młodych chłopców. Miło zaskoczeni podziękowaliśmy i pojechaliśmy dalej. Wąwóz jadąc od północy wyglądał już zupełnie inaczej. A może to było za sprawą wschodzącego coraz szybciej słońca … Przed wyjazdem z wąwozu i doliny Todra wykonaliśmy kolejna fotkę grupową. A krajobraz był niesamowity …Tu podjeżdża sporo turystów. W pewnym momencie japonka zapytała czy może usiąść na motku Piekarza i zrobić sobie zdjęcie. No cóż … GTL robi wrażenie. A może to Piekarz zrobił na niej wrażenie. Co my mogliśmy z tymi naszymi geesami zaproponować. Brzydkie i brudne. Sympatyczna i uśmiechnięta Pani również nam zapozowała. Zjechaliśmy z gór i teren zrobił się płaski. Kierowaliśmy się stronę Sahary. Po kilkudziesięciu kilometrach w czasie przerwy na kawę spotkaliśmy grupę motocyklistów ze Słowenii. Po kilku skierowanych do siebie pozdrowień ruszyliśmy dalej. Przejechaliśmy przez bogato zdobiona bramę w miejscowości Risani. Oznaczało to, żeniebawem ukażą się nam wielkie wydmy Erg Chebbi czyli wrota Sahary. Dojechaliśmy do Merzougi. W tym miejscu zawsze następuje próba sił. Jeden z najbardziej śmiałych czyli Tomek postanowił zdobyć w dosłownym tego słowa znaczeniu pustynię. Przygotował na swój sposób motocykl. Zdjął z niego wszystko co było nie potrzebne do tej nierównej walki. Wziął spory rozpęd i na pełnym gazie wpadł w bardzo sypki piach tego niedostępnego miejsca. Udało mu się pokonać może 200-300 metrów. Niestety powrót już nie był taki szybki i łatwy. Ale Tomek zasłużył na wielkie oklaski. On tylko z całej ekipy pokazał chart ducha i wole walki. Brawo Tomek !!! Pozostali w tym czasie zaprzyjaźniali się z tubylcami. Po chwili odpoczynku wróciliśmy do Merzougi gdzie w znanej nam knajpce prowadzonej przez Włochów zamówiliśmy obiad. Tu na szczęście podają piwo. Europejskie piwo !!! W Afryce to rarytas. Dodam, że podawane jest zawsze w zmrożonych kuflach. No cóż … Afryka potrafi zaskoczyć. To nie koniec zaskoczeń. Zjedliśmy Tadzina w oliwkach, Góral zamówił kiełbaskę z frytkami, a dziewczyny spaghetti … czyli pełen wypas ! Do naszej kazby mieliśmy maksymalnie 2000 m. Ku uciesze kolegów droga była szutrowa czyli choć odrobinę pooffrołdowaliśmy. Niestety zaczęło się chmurzyć. Pogada się psuła … Do kazby udało się nam wjechać tuż przed burzą. Która na dobre się rozwinęła po wejściu do środka. Wieczór spędziliśmy na zajęciach muzyczno-tanecznych.


Dzień 5 – czwartek (453km)


Po przebudzeniu od razu sprawdziłem pogodę na zewnątrz. Już nie padało lecz było pochmurno i wietrznie. Sahara przybrała zupełnie inny wygląd. Mokre wydmy uwydatniły swoje kształty. Śniadanie podano w dosyć ciemnym pomieszczeniu ale z widokiem na pustynie. Było tradycyjnie słodkie aczkolwiek dodatkowo pojawiły się jajka i serek topiony. Najedzeni skierowaliśmy się na parking aby ponownie spakować nasze osiołki. Stały niewzruszone. Burza pisakowa nie zrobiła na nich wrażenia. Szybkie pakowanie przy akompaniamencie świszczącego wiatru i ruszamy w drogę. Początkowo należało pokonać ponad kilometrowy odcinek szutrowy. Tym razem koledzy jechali spokojnie w wyznaczonej kolumnie. Po wjechaniu na asfalt, wiatr zaczął nam przypominać kto rządzi na tym pustkowiu … Ciemne chmury okrasiły nas lekkim deszczykiem. Jechaliśmy na zachód gdzie na horyzoncie zaczęło się przejaśniać. Jednak po drodze napotkaliśmy ślady nocnych opadów. Po przejechaniu wąwozu Draa dojechaliśmy do Zagory. To jest klimatyczna miejscowość gdzieś na końcu świata. Ciągną tu ludzie z powodu okolicznych wydm oraz samego wąwozu. Przy ulicy zatrzymaliśmy się aby zjeść obiad. W tym momencie wyszło słońce co nas optymistycznie nastroiło. Ta skromna knajpka serwowała kurczaki z rożna. Nie mogliśmy nie skorzystać z tego dobrodziejstwa. Były super. A może tak nam smakowały gdyż mocno się stęskniliśmy za tym smakiem ? Po wypiciu espresso pojechaliśmy dalej. Tym razem już bez przeciwdeszczówek. Po wyjechaniu z miasta mieliśmy długą 100 kilometrową prostą. Niestety po przejechaniu kilku kilometrów pojawiły się ponownie ciemne chmury na horyzoncie. Nie rokowało to najlepiej. Tu woda potrafi bardzo szybko zmieniać krajobraz. Po chwili pojawił się żywioł … Woda wdzierała się na drogę, zmuszając nas do zwolnienia. Coraz bardziej wartka rzeka o brązowym kolorze wody zaczęła nas przerażać. Z każdym kilometrem rozbiło się bardziej niebezpiecznie. Woda niosła ze sobą krzaki, kamienie, glinę … Tak naprawdę nie wiedzieliśmy po czym jedziemy. W pewnym momencie zauważyłem, że za nami pojawiła się kolejna ciemna chmura. Nie było czasu na zastanawianie się co dalej. Pozostało już tylko kilkadziesiąt kilometrów do naszego miejsca noclegowego. Trzeba było się śpieszyć. Momentami robiło się niebezpiecznie. W pewnym momencie rwąca rzeka przecięła nam drogę. Musieliśmy się zatrzymać i dokładnie zbadać sytuacje. Aby móc porwać się na te nie wyglądające źle wyzwanie, musieliśmy przejść nurt i sprawdzić czy nie czyha tam na nas jakaś niespodzianka. Postanowiliśmy odczekać kilkanaście minut, aż woda opadnie do poziomu umożliwiającego przejazd. Na szczęście ta sytuacja nie popsuła nam dobrych humorów. Miałem wrażenie, że ekipa się całkiem nieźle się bawiła i nikt nie przejął się tymi utrudnieniami. Zrobiliśmy sobie fotkę grupową i w pośpiechu opuściliśmy to miejsce mając nadzieję, że to ostatnie utrudnienie. Pozostało tylko 30 kilometrów do celu. Po drodze mijaliśmy czoło fali powodziowej. Wyglądało niesamowicie. Robiło potężne wrażenie. Woda jest olbrzymim żywiołem, który zmiata ze swojej drogi wszystko … Do naszej kazby dojechaliśmy przed zmrokiem i zbliżającym się deszczem. Wszyscy byli szczęśliwi i bardzo podnieceni tymi nietuzinkowymi wydarzeniami. Szybko rozlokowaliśmy się po pokojach aby po chwili wrócić na taras z widokiem na pobliskie koryto rzeki. Tam zaczęliśmy dzielić się wrażeniami mijającego dnia. Oczywiście aby ochłonąć musieliśmy wzmocnić się procentami. Po chwili zaczęła się kolejna ulewa. Woda płynęła z każdej strony. Dosyć szybko zapełniło się wyschnięte koryto pobliskiej rzeki. Zauważyliśmy mnóstwo migających w różne strony małych światełek wzdłuż jej brzegów. Zrozumieliśmy, że jest to spore wydarzenie dla tubylców i w ten sposób okazują radość. Woda to życie, a tu na co dzień nie ma jej chyba zbyt wiele. Gdy już na dobre rozgościliśmy się, dołączył do nas młody Berber, który nas witał. Po pewnym czasie rozmowy zamieniły się w sportowe rozgrywki. Koledzy za wszelką cenę chcieli pokazać siłę polskiej husarii i zaczęli siłować się na rękę z miłym i bardzo młodym człowiekiem. Śmiechu było co nie miara. Nawet dokładnie nie pamiętam kiedy ten wieczór się zakończył … To był długi i emocjonujący dzień.


Dzień 6 – czwartek (478km)


Po nocnych opadach poranek okazał się bardzo ładny. Niebo było bezchmurne, a słońce nieśmiało zaczęło się wyłaniać zza gór. Zjedliśmy śniadanie w pomieszczeniu na piętrze gdzie podziwialiśmy widok na koryto rzeki, która na szczęście znacząco obniżyła poziom. Okolica wyglądała na spokojną i senną. Nie było widać jakiegoś szczególnego przejęcia nocnymi nawałnicami. Miasteczko powoli budziło się do życia. Po nocnych „zawodach” nie było łatwo spakować się. Jednak czas nas gonił . Tego dnia mieliśmy do przejechania sporo kilometrów. Po kilkudziesięciu minutach ruszyliśmy na południowy-zachód. W miasteczku, na rozjeździe dróg kilku z nas zagapiło się. Postanowili to wykorzystać stojący na poboczu Policjanci. Zatrzymali chłopaków do kontroli. My zaś musieliśmy na nich odrobinę dalej poczekać … Po paru minutach dołączyli do nas i pojechaliśmy dalej. Na trasie było widać spustoszenie jakie wywołały opady. Trzeba było uważać gdyż na drodze królowało błoto i różnej wielkości kamienie. Za miastem było trochę lepiej. Nie zdążyliśmy się dobrze rozpędzić gdy zobaczyliśmy stojące samochody tuż przed kolejnym betonowym mostkiem. Tradycyjnie zaparkowaliśmy motki na poboczu i poszliśmy na rekonesans. Nie wyglądało to dobrze. Tym razem bród był bardzo szeroki i niestety głęboki. Świadczyły o zalane wodą słupki betonowe, które wyznaczały drogę. Policzyliśmy ile ich wystaje ponad wodę. Postanowiliśmy, że poczekamy godzinę i sprawdzimy czy sytuacja poprawiła się. Doszliśmy do wniosku, że gdy woda opadnie słupków powinno być widać więcej. Ten czas postanowiliśmy jakoś spożytkować. Piekarz wyjął swoją kuchnię i zaparzyliśmy dobrą kawę w Krzyśkowej kafeterce. Obserwując okolice mogliśmy zobaczyć jak tubylcy radzą sobie z takimi sytuacjami. Nie widać było u nich stresu ani paniki … Po prostu spokojnie czekali na rozwój sytuacji. Czas uciekał, a my zaczęliśmy się niepokoić. W ruch poszły mapy … Zaczęliśmy szukać alternatywnej trasy. Po dwóch godzinach oczekiwania poziom wody nie spadł ani o centymetr. Postanowiliśmy zwiedzić okolice w poszukiwaniu innego przejścia. Niestety w pobliżu nie było innego mostu. Trzeba było podjąć jakieś kroki. Krzysiek i Adam na swoje nawigacji znaleźli objazd, który potwierdzili tubylcy. Na mapie też coś było widać. Niestety nie wiedzieliśmy jakiej jakości jest ta droga. Zwłaszcza jaki jest jej stan po opadach. Wspólnie postanowiliśmy, że pojedzie nasza szpica na adwenczerach czyli Krzysiek, Adam oraz Rafał i sprawdzi przejezdność tego objazdu. Pozostali musieli oczekiwać na wieści … Po nie całej godzinie zauważyliśmy wracającego Krzyśka. Gdy podjechał wszyscy go okrążyli aby wysłuchać jego opinii. Opowiedział nam jak wygląda ów objazd. Okazało się, że jest kilka krytycznych momentów. Oczywiście tylko dla GTL-a i RT-ka bo geesy nie powinny mieć problemów. Droga była kamienista i na początku pojawiają się głębokie, gliniaste kałuże. Dalej to już w miarę równy i ubity szutr. Spojrzeliśmy na siebie i decyzja mogła być tylko jedna. Jedziemy !!! Najwyżej będziemy asekurować cięższe turystyki. W tym momencie zauważyliśmy po drugiej stronie rzeki Adama i Rafała. Oznaczało to, że jest przejazd. Poprzez interkom skontaktowaliśmy się z Adamem. Potwierdził. Dalej jest już spokojnie. Doszliśmy do wniosku, że szkoda czasu. Od razu ruszyliśmy pod przewodnictwem Krzyśka. Wróciliśmy do miasteczka i tam odbiliśmy w stronę gór. Po chwili asfalt się skończył i zaczęła się walka. Po pierwszy stromym i kamienistym odcinku droga się poprawiła. Jednak pokazały się głębokie gliniaste kałuże. Tam trzeba było uważać. Potem było już łatwiej. Przed nami pojawił się bezkresny teren. Na szczęście nawigacja widziała tą dróżkę. Kolejne kilometry bardzo się dłużyły. Zwłaszcza Grzesiowi, który chyba pierwszy raz obył trasę enduro swoim krążownikiem. Po godzinie dojechaliśmy do chłopaków. Nie było czasu na opowieści. W sumie straciliśmy 3 godziny. Musieliśmy się śpieszyć. Pozostało do pokonania grubo ponad 400 km. A przecież nie wiedzieliśmy co będzie dalej … Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach napotkaliśmy kolejne rozlewiska. Na szczęście nie były już zbyt głębokie i sprawiły nam sporo radochy. Dalej było coraz bardziej sucho. Mogło to oznaczać, że tu ulewa nie dotarła. Zaczęły pojawiać się wielbłądy. Jechaliśmy dosyć szybko aby przed zmrokiem zgodnie z planem dotrzeć do kultowej plaży Lagzira. Przed oceanem pozostało tylko pokonać jeszcze jeden łańcuch górski. Słońce powoli zaczęło zachodzić. Uwydatniło dzięki temu piękne barwy okolicznych wzniesień. To była ciekawa trasa. Zapomniana chyba przez wszystkich, a obfitowała w piękne widoki. Na plaże udało nam się dotrzeć w zasadzie w ostatniej chwili. Tuz przed zmrokiem. Zostawiliśmy nasze motocykle na strzeżonym parkingu i ruszyliśmy w stronę kultowego łuku. Niestety pozostał już tylko jeden. Ten mniejszy. „Noga słonia„ runęła 10 dni przed naszym przyjazdem … Ta plaża juz nigdy nie będzie taka jak wcześniej. Zmartwiło nas to bardzo. Ponieważ robiło się ciemno musieliśmy szybko wracać. Przy plaży były knajpki gdzie oferuje się świeże ryby smażone na grillu. Zamówiliśmy dorate z frytkami i marokańska sałatką. To była najlepsza dorata, frytki i sałatka marokańska jakie jadłem w Maroko. Pychota. Po tym sytym posiłku ciężko było wstać i dojechać do naszego miejsca noclegowego oddalonego o jakieś 20 km. Zwłaszcza, ze było już ciemno, chłodno i wilgotno. Do hotelu dojechaliśmy około 21. Nasze rumaki zaparkowaliśmy w garażu właściciela i przy symbolicznej szklaneczce whiskey chwilę posiedzieliśmy w swoim gronie. Widać było, że zmęczenie daje o sobie znać. Od jutra zaczyna się powrót. Połowa trasy za nami. Ta cięższa połowa ale i ciekawsza.


Dzień 7 – piątek (420km)


Ponieważ wieczorem nie posiedzieliśmy zbyt długo to nie było problemu z wczesnym wstaniem. Rano wszyscy pojawili się na stołówce. Niestety okazało się, że wyłączono prąd i jedliśmy przy świecach. Było nastrojowo. Po śniadaniu odebraliśmy motki i ruszyliśmy na podbój Atlasu Wysokiego. Początkowo pojechaliśmy mniej uczęszczanymi drogami wzdłuż Oceanu. To była bardzo fajna trasa choć z powodu bliskości wybrzeża temperatura nie rozpieszczała. Dalej aby ominąć Agadir musieliśmy wjechać na bardziej ruchliwą drogę. Tam trzeba uważać na Policję. Wyposażona jest w radary laserowe. Dlatego nie ma żartów z mundurowymi. Po przejechaniu w spokojnym tempie około 100 km, w oddali ukazały nam się góry Atlasu. Teren zaczął się wznosić i pojawiły się pierwsze winkle, które przecież tak lubimy. Na jednym z punktów widokowych zatrzymaliśmy się na chwilę aby podziwiać okolicę i wykonać pierwszą tego dnia fotkę grupową. Okolica była piękna. Wysokie góry, odpowiednia temperatura i mnóstwo długich zakrętów z dobrej jakości asfaltem. Nie wiem ile zakrętów pokonaliśmy. Ciężko było je zliczyć zwłaszcza, że staraliśmy się w międzyczasie podziwiać widoki. Na jednej z przełęczy tuż przed Tiz In Test (2100 mnpm) zatrzymaliśmy się ponownie. Zrobiliśmy sobie przerwę na lunch oraz wykonanie paru ujęć dronami, które posiadał Krzysiek i Tomek. Chłonęliśmy okolicę zagryzając suchą kiełbasę przywiezioną jeszcze z kraju. W pewnym momencie Tomek krzyknął, że stracił drona … Niestety teren był bardzo zróżnicowany pod względem nachylenia, przez co nie mógł go zlokalizować. Szybko podjęliśmy decyzje, że rozpoczynamy poszukiwania. Razem z przyglądającymi się nam tubylcami rozpierzchliśmy się po zboczu. Po prawie godzinie poszukiwań jeden z pomagających nam lokalesów znalazł naszego ptaka.Radości nie było końca. Przecież to nie był byle dron. Chłopak dostał nagrodę, a my miętową herbatkę. Oczywiście nie mogłoby się obejść bez pamiątkowego zdjęcia. Raz jeszcze podziękowaliśmy i pojechaliśmy dalej. Po paru kilometrach zaliczyliśmy najwyższy punkt owej przełęczy i ruszyliśmy w dół. Po około 80-ciu kilometrach i setkach zakrętów, dojechaliśmy do pierwszej większej miejscowości. W tym czasie odbywały się tam jakieś wybory. Ulice były pokryte tysiącami ulotek wyborczych. Od tego momentu trasa już nie była tak ciekawa. Teren zrobił się płaski, a ruch bardziej intensywny. Oznaczało to, że zbliżamy się do stolicy kulturalnej Maroka czyli Marrakeszu. Wjeżdżając do tej milionowej metropolii od strony południa jedzie się wzdłuż murów ogrodów królewskich, szeroką aleją, ozdobioną mnóstwem kolorowych kwiatów. Nasz hotel znajdował się centrum, w pobliżu Medyny. Jednak najpierw postanowiliśmy podjechać do sklepu, w którym można kupić tzw. napoje rozweselające. To jest wiedza tajemna gdyż jak już wcześniej pisałem Maroko jest krajem muzułmańskim i spożywanie alkoholu teoretycznie jest zabronione. Po dokonaniu zakupów udaliśmy się do pobliskiego hotelu. Tradycyjnie otwarto nam bramę do prywatnego parkingu. Tam zostawiliśmy motocykle. W recepcji odebrałem klucze i przekazałem ekipie. Chcieliśmy iść do pokoi jednak po chwili zostaliśmy zauważeni przez naszego starego znajomego kelnera. Ucieszył się na nasz widok i serdecznie przywitał. Od razu zaprosił nas do baru gdzie po chwili i bez zbędnych słów przyniósł dużą tacę zapełnioną butelkami zimnego piwa. Dobrze jest wracać do sprawdzonych miejsc. Po wypiciu kilku piwek i wykonaniu szybkiej toalety udaliśmy się w stronę starej części tego kultowego miasta. Ruch był już bardzo duży. Czym bliżej centrum tym większy. Kierowaliśmy się na największy meczet w Marrakeszu czyli Kutubijja. Jego wieżę widać z daleka. Znajduje się naprzeciwko wejścia na Jemaa El Fna - największego placu w marrakeszeńskiej medynie, a zarazem największej atrakcji turystycznej miasta. Nie wiadomo dokładnie jak powstał. Także pochodzenie nazwy nie jest znane. Uważa się, że oznacza ona „plac bez meczetu” lub „zgromadzenie umarłych”, które nawiązywać ma do targów niewolników i egzekucji, jakie odbywały się tutaj aż do XIX wieku. Na placu co wieczór odbywa się wielki targ ze straganami restauracyjnymi. Wokół nich gromadzą się kuglarze, berberyjscy opowiadacze legend i historii, bębniarze, muzycy gnawa, zaklinacze węży, samozwańczy uzdrawiacze i dentyści. Występy trwają zwykle do północy i cieszą olbrzymią popularnością wśród turystów. My również postanowiliśmy wziąć udział w tym spektaklu. Na początek zwiedziliśmy okoliczne stragany. Handluje się tu chyba wszystkim … Po tym spacerze postanowiliśmy zaspokoić głód. Na placu jest mnóstwo straganów z różnorodnym jedzeniem. My zasiedliśmy wspólnie z tubylcami przy stole gdzie oferowano owoce morza. To było wypasione jedzenie. Niesamowicie smaczne. No i skonsumowane w niespotykanej atmosferze. Tak zaspokojeni musieliśmy wracać do hotelu. Zbliżała się północ. Już nikt nie miał sił na nocne występy …


Dzień 8 – sobota (185km)


Rano tradycyjnie zjedliśmy śniadanie. Były gotowane jajka i sok pomarańczowy. Oczywiście nie zabrakło wszelkiej maści słodkości. Następnie szybkie pakowanie i wyjazd. Nie mogło odbyć się bez pożegnania z naszym przyjacielem z obsługi. Wyjazd z Marrakeszu jest dosyć długi. Poza tym trzeba uważać na Policję. Jednak nie spieszyliśmy się zbytnio. Tego dnia nasz plan nie przewidywał pokonania nawet 200 km. Droga była prosta i nudna. Jedyna atrakcją okazały się kozy, pasące się na drzewach. Do Essaouiry dojechaliśmy w porze obiadu. Rozpakowaliśmy się w hotelu, odświeżyliśmy i zjedliśmy zapasy jedzenia. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy na plażę. Jest bardzo długa i szeroka. Zachęcała do kąpieli i zabawy. W czasie naszego relaksu pojawił się miły Marokańczyk z psem, który do nas dołączył. Było wesoło. Jednak w planach mieliśmy jeszcze zwiedzanie Medyny. Wróciliśmy do hotelu i po przebraniu ruszyliśmy zwiedzać ten szesnastowieczny portugalski port. W porcie zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. I poszliśmy dalej w stronę Medyny. To jest bardzo klimatyczne miejsce. Można tu kupić wiele wyrobów lokalnego rękodzieła. Ten długi spacer zmęczył nas na tyle, że musieliśmy coś zjeść. Jeden z lokalesów wyczuł nasze intencje i wskazał nam małą knajpkę, która miała nas szybko i dobrze nakarmić. Niestety nie było szybko. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość. Jednak jedzenie nie było najgorsze. Najedzenie postanowiliśmy powoli kierować się do hotelu. Mieliśmy kawałek drogi do przejścia wzdłuż wybrzeża. To był miły spacer w świetle zachodzącego słońca.Do hotelu doszliśmy już po ciemku. Wypiliśmy kilka szklaneczek naszych ulubionych trunków i poszliśmy spać.


Dzień 9 – niedziela (270 km)


Hotelik, w którym mieliśmy przyjemność nocować jest uroczy. Tonie w kwiatach, a śniadanie podają na tarasie na dachu. Niestety nie mogliśmy zbyt długo delektować się atmosferą tego miejsca ponieważ czekała nas trasa na północ. Ten odcinek drogi biegnie wzdłuż wybrzeża. Jest bardzo spokojny i niesamowicie malowniczy. Jednak z powodu występujących tu licznych klifów nie można dojechać bezpośrednio nad wodę. Choć dzięki temu mogliśmy podziwiać piękne widoki. Po drodze zajechaliśmy do portowej miejscowości Safi, która jest jednym z ważniejszych ośrodków przemysłowych kraju. Słynie ponadto ze swoich rzemieślniczych tradycji. Tam w jednej z nadbrzeżnych kawiarni uzupełniliśmy zapasy kofeiny. Do miejscowości El Jadida dojechaliśmy po południu. Miasto zostało założone przez Portugalczyków na początku XVI wieku i pozostało pod ich kontrolą aż do roku 1769, kiedy to zajął je marokański sułtan Muhammad III. Portugalskich mieszkańców ewakuowano i przesiedlono wówczas do Brazylii. Za panowania Francuzów na początku XX wieku miasto stało się ważnym ośrodkiem administracyjnym regionu. Obecnie jest to miejscowość wypoczynkowa, często odwiedzana przez turystów ze względu na rozległą plażę. Po przejechaniu przez ruchliwe uliczki tego miasta udaliśmy się do pierwszego lepszego baru z kebabem. Najedzeni pojechaliśmy do hotelu, który był położony w pięknej i bardzo zielonej dzielnicy willowej. Po przebraniu zdecydowaliśmy się na zwiedzanie miasta. Po drodze zauważyliśmy na okolicznych araukariach bardzo wiele naszych polskich bocianów. Od razu zatęskniliśmy za naszym krajem … Po kilkunastu minutach dotarliśmy na plaże, która jest bardzo popularnym wśród tubylców miejscem spotkań. Idąc dalej dotarliśmy do centrum gdzie odwiedziliśmy lokalny souk. Pomimo późnej pory ruch był bardzo duży. Po długim spacerze jeszcze raz skorzystaliśmy z oferty ulicznych barów. Jedzenie było pyszne i dobrze doprawione. Po chwili odpoczynku wróciliśmy do hotelu gdzie w jednym z pokoi dokończyliśmy wieczór na wspomnieniach ostatnich dni …


Dzień 10 – poniedziałek (400 km)


Tego dnia nie musieliśmy się spieszyć. Mieliśmy do pokonania autostradą 400 km. Spokojnie zjedliśmy śniadanie i opuściliśmy tą portową miejscowość. Tuż za miastem zaczyna się autostrada A5. Zrezygnowaliśmy z drogi zlokalizowanej wzdłuż wybrzeża, gdyż nie należy do zbyt ciekawych. Poza tym zdecydowaliśmy się nie wjeżdżać do Casabanki, która jest głównym ośrodkiem przemysłowym i kulturowym oraz największym miastem w Maghrebie. Zamieszkuje je ponad 4 miliony ludzi. Autostrada na szczęście omija te olbrzymie miasto. Z resztą tak jak i stolice Maroka - Rabat. Tym razem mieliśmy przyjemność jechać nowym mostem, który został nie dawno oddany do eksploatacji wraz z nową obwodnicą. Po drodze można spotkać już nowoczesne stacje benzynowe, znanych europejskich koncernów. Pojawiły się również amerykańskie restauracje specjalizujące się w fast foodzie.Zdecydowaliśmy się przypomnieć sobie smak wieprzowiny. Do Asili gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel, dojechaliśmy wczesnym popołudniem. To było idealne miejsce na ostatni nocleg i wypoczynek przed powrotem do Europy. Po rozpakowaniu i przebraniu ruszyliśmy na pobliską plażę, którą widzieliśmy z okien naszego hotelu. Tam skorzystaliśmy z ostatnich promieni słońca aby zapewne ostatni raz w tym roku wykąpać się na świeżym powietrzu. Po chwili relaksu wróciliśmy do hotelu aby ponownie zmienić ubranie. Odświeżeni poszliśmy nadbrzeżnym trotuarem w stronę Medyny. Asila to niezwykle czyste i dobrze zachowane starożytne miasto, które przyciąga co roku wielu przybyszy. My także tradycyjnie postanowiliśmy je dokładniej zwiedzić. Weszliśmy jedną z dwóch głównych bram. Aby dalej móc delektować się sennym klimatem tego byłego portugalskiego portu. Na murach chroniących miasto przed wzburzonymi falami morskimi zrobiliśmy sobie kolejne grupowe zdjęcie. I poszliśmy dalej zwiedzać i szukać pamiątek. Oczywiście nie odbyło się bez tradycyjnego targowania. Niestety słońce powoli zachodziło za horyzontem. Zjedliśmy jeszcze pyszną kolacje w pobliskiej knajpce i udaliśmy się do naszego hotelu. Ponieważ następnego dnia plan zakładał wyjazd przed świtem, to nie mogliśmy pozwolić sobie na zbyt długie nocne rozmowy polaków … Tym razem dosyć szybko rozeszliśmy się do swoich pokojów.


Dzień 11 – worek (270 km)


Wstaliśmy około piątej rano czyli jeszcze przed wschodem słońca. Prom do Europy odpływał o godzinie 8.00. Do portu mieliśmy nie całe 100 km. Oznaczało to, że musimy ruszyć jeszcze po ciemku i niestety bez śniadania. Było dosyć chłodno. Przejechaliśmy raz jeszcze przez śpiące miasteczko i tuż za nim wjechaliśmy na autostradę. Pojawiła się miejscami mgła. Na szczęście na drodze nie było praktycznie żadnego ruchu. Po prawie godzinie dojechaliśmy do portu. W czasie gdy ja załatwiałem bilety na prom, ekipa posiliła się mocną kawą w pobliskiej kawiarence. Oczywiście nie odbyło się bez próby „pomocy” majfrenda, który chciał przekonać mnie, że tylko on może załatwić nam bezproblemowy przejazd przez granicę. próbując się bardziej uwiarygodnić, stwierdził że ma wielu przyjaciół w Polsce. Niestety byłem odporny i musiałem podziękować naszemu nowemu „frendowi” z czego nie był zadowolony … Po chwili przerwy ruszyliśmy w stronę bramek z odprawą paszportową. Senni urzędnicy bez problemów i dosyć szybko odprawili naszą grupę. Jednak przed wjazdem do portu skierowano nas na mobilny skaner pojazdów. Ustawiliśmy motocykle jeden za drugim i obserwowaliśmy jak rentgen zainstalowany na dużym samochodzie ciężarowym przejeżdża wzdłuż naszych maszyn. Uważnie się przyglądaliśmy tej procedurze do momentu gdy funkcjonariusz wymownie kiwnął do nas głową aby zabrać motocykle. Zadowoleni wsiedliśmy na nasze osiołki i skierowaliśmy się w stronę promu. Gdy dojechaliśmy na odpowiedni parking okazało się, że prom już czeka, a załadunek trwa. Oznaczało to, że jest szansa odpłynięcia zgodnie z rozkładem. Co nie zawsze się udaje … Tym razem bardzo nam na tym zależało. Musieliśmy jednak poczekać na swoją kolej. Dzięki temu mogliśmy wykonać ostatnią wspólną fotkę na czarnym lądzie. Po sprawdzeniu naszych biletów, obsługa promu zezwoliła nam na wjazd. Tradycyjnie wyznaczono nam miejsca przeznaczone dla motocyklistów. Po zaparkowaniu udaliśmy się na górny pokład. W sklepie bezcłowym za pozostałą kasę dokonaliśmy ostatnich zakupów i wyszliśmy na taras widokowy. Tam mogliśmy obserwować oddalającą się Afrykę. W ciszy pożegnaliśmy się z czarnym lądem i naszym ukochanym Marokiem. Po kilkudziesięciu minutach zobaczyliśmy Gibraltar. Oznaczało to, że za chwilę dopłyniemy do portu w Algeciras. Po szybkiej odprawie ruszyliśmy w stronę Malagi. Mieliśmy mało czasu. Musieliśmy się spieszyć. Do odlotu samolotu naszej ekipy pozostało tylko kilka godzin. Tym razem skorzystaliśmy z płatnej autostrady. Na szczęście bez problemów dojechaliśmy na nasz parking w Maladze. Z pomocą całej załogi załadowaliśmy wszystkie motocykle oraz ekwipunek w kilkadziesiąt minut. To chyba był rekord. Po bardzo serdecznym pożegnaniu nasi przyjaciele udali się na pobliskie lotnisko, a my z Kasią dokończyliśmy pakowanie. W ten sposób zakończyła się nasza kolejną marokańska przygoda. Ochłonęliśmy dopiero po kilku dniach gdy dojechaliśmy naszym busem do kraju. Po raz kolejny wzbogaciliśmy się o bagaż wielu ciekawych doświadczeń i niezapomnianych wspomnień. Dziękuje Monice, Tomkowi, Piotrkowi, Grześkowi, Krzyśkowi, Adamowi, Pawłowi i Rafałowi za zaufanie i wspaniałą atmosferę. Będzie co wspominać przez długie zimowe wieczory …


Koniec