MAROKO 04.2015

Dzień 1


Tradycyjnie ruszamy do Maroka z Malagi. Po wieczornych „przygotowaniach” złapaliśmy lekkie opóźnienie ;). Motki stały przygotowane i czekały na swoich właścicieli. Każdy otrzymał naklejkę motowyprawową aby się nie zgubił.

Szybko dojechaliśmy do portu gdzie zakupiliśmy bilety na prom do Afryki.

Pogoda nie rozpieszczała. Na promie trochę bujało i postraszył nas deszcz. Jednak na czarnym lądzie rozpogodziło się. Przepakowaliśmy „płyny ustrojowe” i udaliśmy się w stronę granicy. Przejście graniczne z Marokiem to zawsze ciekawe doznanie. Przywitał nas stary znajomy „majfrend” ;). Za kilka euro po przyjacielsku „pomógł” nam przekazać przygotowane wcześniej dokumenty do odpowiednich urzędników. Wszystko poszło sprawnie i bez problemów. Po 30 minutach byliśmy już po stronie marokańskiej. Ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża morza Śródziemnego. Po kilkudziesięciu kilometrach skręciliśmy w stronę gór Rif. To takie nasze Bieszczady. Mnóstwo fajnych zakrętów, widoków i mały ruch. Po drodze zgłodnieliśmy i wpadliśmy do przydrożnego baru przed którym wisiały sporych rozmiarów kawałki mięsa ;).

Zamówiliśmy steki z tego co tam wisiało. Dosyć szybko szef kuchni uwinął się i kelner zapodał nam mięsne smakołyki. Okazało się, że to była wołowina i bardzo szybko zniknęła z talerzy. Najedzeni ruszyliśmy dalej. Przed wieczorem dojechaliśmy do Chefchaouen. Klimatycznego błękitnego miasta ukrytego w górach Rif. Hotel był usytuowany przy Medinie i posiadał wspaniały klimat. Z naszego hotelu pięknie było widać zachód słońca. Wieczorem udaliśmy się na zwiedzanie Mediny.


Dzień 2


Obudził nas piękny wschód słońca. Wspólnie z Agnieszką i Mateuszem postanowiliśmy zobaczyć błękitne miasto raz jeszcze … Rano miasto było wyludnione. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej na południe pokonując kolejne zakręty gór Rif. Po zjechaniu z gór zgłodnieliśmy i postanowiliśmy zrobić obiad ;). Po obiadku …. kawka ! Tubylcy uważnie nam się przyglądali. Najedzeni ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie natrafiliśmy na zerwany most ;(. Nie podjęliśmy ryzyka przejazdu przez bród. Skorzystaliśmy z objazdu. Przed wieczorem dotarliśmy do Fezu, miasta o ponad 1000-letniej historii.


Dzień 3


Ponieważ wieczorem ograniczyliśmy się tylko do kolacji na terenie Mediny, rano postanowiliśmy zwiedzić klimatyczne uliczki tego ponad 1000-letniego miasta. Jednak zaczęliśmy od śniadania … na które musieliśmy poczekać ;). Mieszkaliśmy przy murach Mediny … to nie mieliśmy daleko. Nie musieliśmy korzystać z transportu ... Od razu poczuliśmy wszechobecny zapach garbowanych skór, z których słynie Fez. Był też czas na „grupówkę”. Kierowaliśmy się w stronę garbarni. Ciężko ją odnaleźć gdyż jest otoczona budynkami i tylko z niektórych sklepów można zobaczyć jak niezmiennie od setek lat wyprawia się skóry … Wyprawione skory przewożone są takimi „środkami transportu” ;) . Fez to też rzemieślnicy … oraz souki. Po krótkiej wycieczce powróciliśmy do naszych motków. Ruszyliśmy dalej na południe. Pejzaż się zmieniał. Pogoda również … Nadszedł czas na obiad … tym razem w restauracji włoskiej ;) . Po obiedzie zauważyliśmy przed nami ciemne chmury …Trzeba było ubrać przeciwdeszczówki :( . Deszcz nas postraszył ale dosyć szybko odpuścił. Widoki robiły się coraz ciekawsze … Jednak robiło się coraz później, ciemniej i deszczowo. Do bazy u wrót Sahary dotarliśmy już po zmroku …


Dzień 4


Rano pogoda poprawiła się i z tarasu hotelowego zobaczyliśmy piaski Sahary ... Po śniadanku pojechaliśmy pod wielką wydmę Erg Chebbi czyli wrota Sahary. Od razu zaatakowali nas lokalesi próbując po raz kolejny wcisnąć kamienie … Zrobiliśmy fotki okolicznościowe. I pojechaliśmy tym razem na północ. Kolory zaczęły się zmieniać i pojawiły się wielbłądy. Kierowaliśmy się w stronę Atlasu średniego. Pojawiły się ciekawe budynki. Widoki zapierały dech … I dojechaliśmy do wąwozu Todra. Od tego momentu zaczęło robić się bardzo ciekawie. Aż dojechaliśmy do pierwszego … problemu ... który, okazał się niezłą rozrywką zwłaszcza dla użytkowników GTL-i. Po pokonaniu pierwszego brodu trzeba było to uczcić wspólna fotką. Pojechaliśmy dalej …

No i dojechaliśmy do dużo większego problemu czyli zerwanej drogi przez rzeczkę, która przybrała po roztopach zalegającego jeszcze śniegu wysoko w górach. Ze względu na wartki nurt GTL-e wymagały pomocy. Dalej już było ciekawiej … i nieziemsko. Wszystkim się podobało. Odnotowaliśmy 2670 mnpm ! Do momentu kierując się w stronę wąwozu Dades okazało się, że droga jest kiepskiej jakości szutrem ze sporą ilością dziur i dołów .... Z powodu zbliżającego się zmroku oraz słabymi właściwościami offowymi GTL-i musieliśmy zawrócić. Niestety szukając objazdu drogi, którą jechaliśmy natrafialiśmy na kolejne zerwane mosty. Sytuacja robiła się nerwowa ... zmrok, brak wyjazdu, niska temperatura :(. Zdecydowaliśmy się wrócić tą samą drogą. Nie było wyboru. Strumienie już znaliśmy wystarczyło je sprawnie przejechać. Udało nam się to bezproblemowo i późnym wieczorem dojechaliśmy do hotelu. Byliśmy wykończeni ale bardzo szczęśliwi ponieważ takich widoków nie zapomnimy bardzo długo….


Dzień 5


Słoneczny poranek przywitał nas przepięknym widokiem doliny Dades. Spakowaliśmy nasze rumaki i postanowiliśmy raz jeszcze zaatakować dolinę tym razem od strony południowej. Po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do kolejnej zerwanej drogi. Niestety, wiosną Dades nas pokonał i nie pozwolił nacieszyć się jego widokami. Całe szczęście, że poprzedniego wieczoru nie atakowaliśmy go do końca od północy … Wróciliśmy i ruszyliśmy na zachód. W Quarzazate odwiedziliśmy nasz zaprzyjaźniony sklep z napojami „wspomagającymi” i ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach Jacek się zatrzymał i zgłosił problem z …. łożyskiem przedniego koła ;) . Szybka akcja i po chwili znaleźliśmy wyspecjalizowany w naprawie skuteropodobnych jednośladów warsztat. Po krótkiej rozmowie z „mechanikami” od razu podjęli się naprawy … Trzeba było stanowczo ich uspokajać bo swoimi chęciami urwaliby koło … Otrzymali od nas klucze i wtedy wspólnie dokonaliśmy demontażu koła. Oczywiście pomagali wszyscy. Trzeba było być mocno uważnym gdyż koło Jacka krążyło z szybkością światła po okolicznych warsztatach. Ko kilku minutach serwismeni z uśmiechem na twarzy pokazali nam koło bez uszkodzonego łożyska. Montaż to już była chwila. Cała akcja trwała 45 minut, a koszt wyniósł 70 drahm za łożysko + 150 drahm za usługę. Czyli całość wyniosła około 80 zł ;). Z odrobina ostrożności Jacek wsiadł na moto i z lekkim opóźnieniem zaczęliśmy realizować nasze plany na dany dzień. Ciężka praca przy Jacka moto oraz przepiękne widoki wzmogły w nas apetyt. Zrobiliśmysobie małą przerwę … Po lunchu znaleźliśmy ciekawą drogę, która na mapie była oznaczona jako okresowo czynna. Okazała się idealną trasą z nowym asfaltem i przejściami dla pieszych w miejscu gdzie nawet wielbłądów nie było widać ;) . Przed zmierzchem dotarliśmy do miejsca noclegowego, które okazało się domem Berbera.To było głębokie południe i okolica była wyludniona. Wieczorem Gospodarz zorganizował nam ucztę. Rozmowy trwały do późnych godzin nocnych. Mieliśmy cały dom do swojej dyspozycji …


Dzień 6


Z samego rana tuż po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Oceanu Atlantyckiego. Pejzaż był typowo afrykański … Jacek postanowił się zakopać ;) . Było miło więc zrobiliśmy więcej fotek. Upał dawał się nam we znaki więc musieliśmy zrobić postój na uzupełnienie płynów. Po krótkiej przerwie pojechaliśmy dalej … To był najbardziej na południe położony punkt naszej motowyprawy. Dalej było już spokojniej … aż dojechaliśmy do wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. W tak pięknej scenerii zjedliśmy kolację czyli rybę z grilla. Po posiłku udaliśmy się do naszego hotelu, który był oddalony o kilkanaście kilometrów od plaży.Wieczorem .. tradycyjnie, nocne rozmowy polaków ….


Dzień 7


Rano Gospodarz zaprowadził nas do lokalnej knajpki gdzie podano nam śniadanie. Dostaliśmy jajecznicę !!!To był wreszcie europejski posiłek ;). Po śniadaniu pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża na północ. Na wysokości Agadiru odbiliśmy w stronę gór Atlas. Po paru godzinach dojechaliśmy do przełęczy Tizi n Test na wysokości 2100 mnpm. I nakleiliśmy naszą kolejną naklejkę ;). Na przełęczy niestety mocno wiało i musieliśmy trochę zjechać w dół aby móc zjeść obiadek. Po południu dojechaliśmy do Marakeszu. Wieczorem udaliśmy się na plac Jamma El Fna czyli największą atrakcję turystyczną tego miasta. Mogliśmy sobie pozwolić na długi wieczorny spacer gdyż następnego dnia był przewidziany odpoczynek od naszych motocykli ;).


Dzień 8


To był dzień odpoczynku … od motocykli. Poświęciliśmy go na zwiedzanie Marakeszu – kulturalno-historycznej stolicy Maroka. Odwiedzilismy również plac Jamaa El Fna. oraz okoliczne souki. Wieczorem … sjesta ;)


Dzień 9


Wypoczęci po dniu odpoczynku ochoczo ruszyliśmy ponownie w stronę wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Dosyć szybko dojechaliśmy do Essaouiry. Zwiedziliśmy te klimatyczne miasto po czym pojechaliśmy na północ. W Casablance zrobiliśmy pamiątkową fotę przed największym meczetem w Afryce północnej. Mieści30 tys. wiernych. Wieczorem dojechaliśmy do Meknes gdzie przewidziany był nocleg. Tu już było odczuwalne zmęczenie po długiej podróży.


Dzień 10


To był przed ostatni dzień naszej motowyprawy do Maroka. Rano skierowaliśmy się do Volubilis czyli ruin rzymskiego miasta – starożytnej stolicy Mauretanii Tingitana – wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po zwiedzeniu kompleksu pojechaliśmy na północ. Ostatni nocleg przewidziany był w klimatycznej miejscowości Asillah.Następnego dnia z samego rana ruszyć mieliśmy do Europy !!!


Dzień 11


Wstaliśmy bardzo wcześnie. Po szybkim śniadaniu odjechaliśmy w stronę przejścia granicznego. Mieliśmy do przejechania ponad 100 km. Chcieliśmy załapać się na poranny prom. Przejście graniczne nie sprawiło nam wielu problemów. Niestety okazało się, że w Ceucie panuje czas europejski i mamy godzinę w plecy … Prom odpłynął, a my musieliśmy czekać kilka godzin na następny. Wypoczęci i najedzeni ruszyliśmy do portu. Na promie tym razem nie bujało. Po przywitaniu z Europą bez większej przerwy skierowaliśmy się do Malagi gdzie zakończyła się nasz kolejna motowyprawa do Maroka.


PODSUMOWANIE


Zrobiliśmy przez 11 dni 4200 km po Maroku włącznie z Hiszpanią. Przejechaliśmy przez góry Rif, Atlas Średni, Atlas Wysoki, Antyatlas, wybrzeże Morza Śródziemnego oraz Oceanu Atlantyckiego. Zwiedziliśmy kilka bardzo starych i klimatycznych miejscowości – Chefchaouen, Fez, Marakesz, Meknes, Volubilis. Dojechaliśmy na głębokie południe Maroka. Zabrakło nam 200 km do Sahary Zachodniej.


Koszty:


Prom -110 euro w obie strony

Benzyna – ok. 0,8 - 0,9 euro za litr

Obiad – ok. 5 - 7 euro

Nocleg – ok. 15 - 20 euro za osobę (ze śniadaniem)

Internet – bezpłatny w każdym hotelu

Alkohol – trudno dostępny i bardzo drogi